mbank bankier inwestowanie Inwestowanie z eKonta w mBanku
 

A może zostanę doradcą?

7 Jan 2009

We wszelkiego typu “doradctwie finansowym” od początku coś mi śmierdziało. “Darmowe” i “niezależne” instytucje, które zarabiają na prowizji od udzielonego kredytu/lokaty/zakupu jednostek funduszy i są de facto powiązane kapitałowo z bankami (są ich własnością) – z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego…

Oczywiście w czasie hossy i hurraoptymizmu “doradcy” zebrali swoje plony (37% udzielonych kredytów mieszkaniowych zostało udzielonych za pośrednictwem doradców). Teraz jednak niektórzy klienci ich przeklinają.

Oto jeden z przykładów zadziwiającej niekompetencji jednego z takich “doradców” (źródło - GW):

Rok temu braliśmy z mężem kredyt na mieszkanie. Mieliśmy połowę potrzebnego kapitału, ale doradca zalecił nam, żeby pożyczyć na całość, a za pozostałe pieniądze kupić fundusze – opowiada Magda. – Teraz nasza miesięczna rata wzrosła o 700 zł, a połowa pieniędzy z funduszu wyparowała – żali się.

Teraz – w czasie bessy – “doradcy” zyskali złą sławę, na którą zasłużyli. Polskie prawo nie zabrania bowiem nikomu nazywać się “doradcą finansowym”. Szarzy ludzie padli więc ofiarą niekompetentnych i niewykształconych – innych szarych ludzi, dążących do maksymalizacji własnego zysku. Tych bowiem “doradców finansowych” należałoby raczej nazwać “sprzedawcami produktów/usług finansowych”.

Dlaczego więc ja zastanawiam się nad zostaniem doradcą?

W niedalekiej przyszłości zamierzam założyć działalność gospodarczą. Chcę, żeby finanse stanowiły część tej działalności, gdyż branża jest dla mnie dosyć interesująca. Nie zamierzam jednak podpisywać “paktu z diabłem” i zarabiać na prowizjach od banków. Dla mnie klient jest najważniejszy. Wymyśliłem więc rozwiązanie “hybrydowe” – za każdy produkt ustalana byłaby z góry prowizja dla mnie i jeżeli znalazłbym ofertę korzystniejszą dla klienta, a mniej korzystną dla mnie – klient dopłacałby do prowizji, którą uzyskam od banku z własnej kieszeni.

To rozwiązanie jest najoptymalniesze dla mnie i dla klienta – i o to właśnie chodzi. Pytanie tylko czy Ty – jako potencjalny klient – zgodziłbyś się dopłacić z własnej kieszeni kilkadziesiąt lub kilkaset złotych więcej jednorazowo w zamian za komfort świadomości uzyskania najlepszej oferty?

Czekam na komentarze.

PS. Powyżej nie napisałem o swoich kompetencjach do zostania tego typu doradcą, ale to temat na oddzielny wpis, który pojawi się niebawem ;)

3 komentarzy to “A może zostanę doradcą?”

  1. Krzysztof Lis:

    Nie bardzo widzę, żeby ludzie chcieli Ci płacić jako doradcy jeśli na rynku jest masa takich doradców, którzy “nie biorą” pieniędzy. ;)

  2. Łukasz J.:

    Właśnie, wracamy do tematu darmoekonomii (tym razem w finansach ;) ). Na szczęście nie zależy mi na “każdym” kliencie, tylko na tych rozsądnych. Czas pokaże, czy znajdą się tacy ;) Myślę, że jakby się do tego jakąś kampanię edukacyjną przeprowadziło, to zrobiłby się rynek na tego typu usługi.

  3. Arek:

    Może coś w rodzaju “Wybrałeś kredyt… zaczekaj! Za kwotę X znajdę dla Ciebie rozwiązanie które uznasz za korzystniejsze(a jeśli nie to nic nie zapłacisz) “. Tutaj klient ewidentnie jest na pierwszym miejscu.

    Powodzenia.

Skomentuj

 
 

Aktualności:

Wyszukiwarka:

 
 
 

Newsletter:

 
 
 
 

Polecane książki:

Pakiet inwestycyjny Pakiet inwestora walutowego